Re: Czy Canonical powinien skomercjalizować Ubuntu?
: 31 paź 2011, 08:28
Wyobraźmy sobie, że na uniwersytecie X opracowuje się pewien program. Wydaje się może nie dziesiątki milionów dolarów ale jakieś tam tysiące, program jest opracowany, w projekcie zaczyna uczestniczyć ileśtam (set) osób z całego świata. W ciągu parunastu lat na bazie tego programu powstają różne wielce użyteczne aplikacje. Program jest oczywiście closed-source, ale kto by się tym przejmował, darmowy jest w końcu, i przecież uniwersytet X nie zbankrutuje, a zespół mało tego, że wypuścił ów program na wszystkie możliwe platformy z Symbianem włącznie to jeszcze na żądanie na jakąś nietypową platformę gotowi są toto skompilować/zaimplementować/czy cóś...
I tak się przez prawie dziesięć lat dzieje...
Nagle okazuje się, że uniwersytet X co prawda bankrutować nie ma zamiaru, ale zespół pracujący nad programem dawno się po całym świecie rozleciał. I nie tylko nie ma komu się nim zająć, co nawet nie można odkupić kodu źródłowego, bo praktycznie nie ma od kogo...
A program nie działa prawidłowo począwszy od Windows Vista. Nie działa prawidłowo na 64-bitowych Linuksach. Ostatnia wersja Symbiana na którą toto skompilowano to 7.x, a o wynalazkach typu IOS nawet nie wspomniano. No i cały oparty na owym programie szereg aplikacji zaczyna się sypać...
A przecież mogło być odwrotnie. To ów program powinien być otwarty, z możliwością opierania na nim komercyjnych, zamkniętych aplikacji (aż się licencja LGPL sama pod palce wciska). I nie byłoby problemu z chęciami uniwersytetu X, i program w ciągu piętnastu lat od chwili jego powstania pewnie bardziej by się rozwinął. I autorzy komercyjnych aplikacji byliby szczęśliwi (w końcu mieliby co produkować i sprzedawać) i pryszczaci opensource'owcy z uśmiechem na pryszczatych gębach mogliby go w różnych pryszczatych linuksach wykorzystywać...
Ciekawe, kiedy się zorientowaliście jaki program opisałem?
Dlatego jestem za otwartością oprogramowania, a za sam pomysł patentowania algorytmów jego autora powinno się za przyrodzenie do wrót stodoły przybić.
I tak się przez prawie dziesięć lat dzieje...
Nagle okazuje się, że uniwersytet X co prawda bankrutować nie ma zamiaru, ale zespół pracujący nad programem dawno się po całym świecie rozleciał. I nie tylko nie ma komu się nim zająć, co nawet nie można odkupić kodu źródłowego, bo praktycznie nie ma od kogo...
A program nie działa prawidłowo począwszy od Windows Vista. Nie działa prawidłowo na 64-bitowych Linuksach. Ostatnia wersja Symbiana na którą toto skompilowano to 7.x, a o wynalazkach typu IOS nawet nie wspomniano. No i cały oparty na owym programie szereg aplikacji zaczyna się sypać...
A przecież mogło być odwrotnie. To ów program powinien być otwarty, z możliwością opierania na nim komercyjnych, zamkniętych aplikacji (aż się licencja LGPL sama pod palce wciska). I nie byłoby problemu z chęciami uniwersytetu X, i program w ciągu piętnastu lat od chwili jego powstania pewnie bardziej by się rozwinął. I autorzy komercyjnych aplikacji byliby szczęśliwi (w końcu mieliby co produkować i sprzedawać) i pryszczaci opensource'owcy z uśmiechem na pryszczatych gębach mogliby go w różnych pryszczatych linuksach wykorzystywać...
Ciekawe, kiedy się zorientowaliście jaki program opisałem?
Dlatego jestem za otwartością oprogramowania, a za sam pomysł patentowania algorytmów jego autora powinno się za przyrodzenie do wrót stodoły przybić.